Dwie, ostatnie już,
panny z giełdy w Pruszczu. Ujęły mnie swoimi starymi mordkami. Obydwie jak
przypuszczam pochodzą z lat 60-70 tych. Wygrzebałam je z przepastnego pudła
pełnego przeróżnych drobnych zabawek, od grzechotek po Kinder niespodzianki. Co
dziwne były w swoich oryginalnych ubrankach. No, nie zupełnie kompletnych. Oczywiście
brudne jak święta ziemia.
Ditta. Blondynka z pokaźną czupryną, gumowa i ... anatomiczna!
Ale niestety dziewczynka. Ma 15
cm. Oryginalna różowa, aksamitna sukienka. Choć nie ma
żadnych sygnatur, przypuszczam, że jest niemiecka.
Robena. Następny rudzielec – jej szkockie imię oznacza
Rudzik. Jest plastikowa z gumową główką, włosy niestety bardzo zniszczone. Ma 12 cm. Miała pajacyk w biało- żółte paseczki. Na
główce mocno zatarty napis Hong Kong. Po kąpieli dostała szkocką sukienkę z
koronkowym kołnierzykiem. Jak widać Robena jest bardzo wojownicza, zaraz poszła
ćwiczyć karate.
Potem właziła na drzewa i namawiała do tego koleżanki.
A po wyczerpującej zabawie usiadła razem z Dittą na
kanapie w salonie cioci Maggie i oczywiście oglądała w telewizji Robin Hooda.




